Spowiedź lakiernika: historia przeplatana pasją

Zadaję niewygodne pytania Edwardowi Wronie – lakiernikowi z 38-letnim stażem zawodowym. Spod jego ręki wyszło kilkadziesiąt aut klasycznych. On po prostu kocha tę robotę…

 

 

Podczas wielogodzinnej rozmowy z panem Edwardem Wroną powstał wywiad rzeka dotyczący pracy lakiernika przy renowacji samochodu zabytkowego. Nie omijane były tematy trudne i niewygodne. Zapraszam do świata widzianego z perspektywy kitów, papierów ściernych i lakierów.

 

Paweł Klocek: Na pewno miał Pan nie raz problem z renowacją auta. Może jakieś wcięcie krzywo wychodzi, albo na załamaniu zrobiła się górka i za 10 poprawką wychodzi tak samo źle. Co wtedy Pan robi? Rzuca narzędzia? Odstawia pracę na później? Przecież zawsze są jakieś trudności…

Edward Wrona: Czasem trzeba nie przespać kilku nocy, żeby znaleźć najlepszy sposób na przykład na wyprofilowanie łuku, czy dopracowanie malutkiego ranciku. Mi zwykle rozwiązanie przychodzi podczas snu. Rano wstaje i już wiem co zrobić dalej. Nie będę ukrywał, że czasem dopracowanie bardzo drobnego elementu zajmuje mi nawet kilka dni.

 

No dobrze, ale pewnie nie wszystkim lakiernikom śni się rozwiązanie problemu. Wtedy auto trafia Pana i wymaga poprawek. Rozwiązania na cudze problemy też się panu śnią?

Nigdy podjąłem się takiego zadania… Poprawki to jest najgorsza rzecz jaka może się trafić. Nie wiadomo jak poszczególne elementy zostały wykonane do momentu nałożenia lakieru. W związku z tym, jeśli miałbym cokolwiek poprawiać i wziąć za to odpowiedzialność, wówczas musiałbym wykonać wszystko od podstaw. W mojej pracy nie pozwalam sobie również na poprawianie po sobie. Wszystkie czynności lepiej wykonać raz i porządnie. W przeciwnym razie trzeba liczyć się dodatkowymi nakładami czasu, pracy i kosztów. Można jednak zminimalizować ryzyko, że coś nie wyjdzie jak trzeba. W tym celu nakładany jest lakier kontrolny w kolorze docelowym, wówczas dobrze widać fragmenty wymagające poprawy.

 

Ale któregoś dnia przyszedł do pana kolekcjoner i poprosił o poprawienie kilku elementów, bo lakier miał rysy, drobne pęknięcia…

Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Owszem, nie zawsze wszystko wychodzi idealnie. Staram się jednak trzymać pewien poziom, bo przecież podpisuję się pod tą pracą. Jeśli w świat pójdzie informacja, że Edek Wrona maluje niedokładnie – nikt mi nie powierzy swojego samochodu. Zdarzało się jednak, że wybrany przez zleceniodawcę kolor nie do końca pasował do auta. Taki kłopot pojawia się głównie w przypadku zastosowania nieoryginalnych barw. Nowoczesne perłowe lakiery nie zawsze podkreślają kształty klasycznego pojazdu.

 

A jakie lakiery są najtrudniejsze w nałożeniu?

Samo nałożenie lakieru to dopiero połowa sukcesu. Oprócz tego, że powłoka lakiernicza musi być równa, to jeszcze trzeba wiedzieć jak tę powłokę należy naprawić, jeśli auto zostanie uszkodzone. Wracając jednak do pytania – łatwiej nakłada się się dwuwarstwowe powłoki akrylowe, już nieco trudniej metaliki, a zdecydowanie najbardziej doświadczonej ręki potrzeba do kilkuwarstwowych lakierów perłowych. Do nakładania perły potrzebna jest wieloletnia praktyka.

 

Po tylu latach pracy i pomalowanych samochodów starych i całkiem nowych chyba trudno znaleźć jeden, który szczególnie utkwił panu w pamięci?

Owszem trudno wszystkie zapamiętać. Wśród nich ze szczególnym sentymentem wspominam Lincolna Continentala wyprodukowanego w latach 40-tych. Najwięcej pracy było przy nim z naprawą elementów chromowanych. Samo przygotowanie zderzaków oraz gigantycznego grilla zajęło mi i moim współpracownikom blisko dwa miesiące. Ja zwykle chromem się nie zajmuję, ale to był wyjątkowy projekt. W pamięci utkwił mi jeszcze pewien Dodge na pięknych drewnianych kołach. Lakier do tego auta był szczególny. Kilka odcieni niebieskiego koloru z delikatnymi pasami na boku. Wszyscy się dziwi, że pasy nie były wyczuwalne ręką. Miło wspominam też kilka aut pomalowanych lakierami przeznaczonymi na motocykle – 6-7 warstw powłoki dawało efekt bardzo głębokiej perły…

 

Na przestrzeni lat praca lakiernika sporo się zmieniła. Niby czynności podobne, ale jeszcze 20, 30 lat temu nie było szpachli i perłowych lakierów. Czym różni się współczesna technologia od tej sprzed kilku dekad?

Dawniej zamiast kitu używano cynę, spawy z kolei były z mosiądzu, a lakiery były olejowe jednoskładnikowe. Rozwiązanie to miało dwie zasadnicze wady. Po pierwsze auto po takiej naprawie było znacznie cięższe, a po drugie dość kłopotliwa była naprawa małych fragmentów elementów już nieoryginalnych. Wynikało to z faktu, że cyna jest wrażliwa na podwyższoną temperaturę. Nowoczesne materiały są przede wszystkich bardziej plastyczne. Można je dowolnie formować, a później bardzo dobrze trzymają się nawierzchni. Ponadto ta ich plastyczność sprawia, że poniekąd pracują z elementem. W związku z tym rzadziej dochodzi do pęknięć powłoki lakierniczej.

 

Jakie jest Pańska opinia na temat dawnej technologii?

Stara technologia była dość prymitywna. Najbardziej to widać na kolorach – współczesne perły są znacznie bardziej efektowne. W przypadku lakiernictwa wolę iść z duchem czasu.

 

 

Galeria zdjęć z archiwum Edwarda Wrony

 

 

Inne artykuły z cyklu:

Spowiedź lakiernika: O młodym pokoleniu fachowców

Jak sprawdzić jakość pracy lakiernika?

Spowiedź lakiernika: Jak znaleźć dobrego fachowca?

Zakup zabytkowego samochodu okiem lakiernika

 

 

Auta spod ręki Edwarda Wrony:

 

zabytki (7)

 

 

Obraz 288(1)

 

Obraz 272

IMG_2853

Obraz 283(1)